Styl prowokatywny

Wielu coachom, psychoterapeutom, psychologom i trenerom znana jest postać Franka Farrelly’ego jako twórcy psychoterapii prowokatywnej, z której inspiracji powstał następnie coaching prowokatywny i ogólnie – prowokatywny styl pomagania i wprowadzania zmiany.  Początki to lata 60-te  ubiegłego wieku, gdy Frank Farrelly prowadził psychoterapię skoncentrowaną na kliencie (podejście rozwinięte przez Carla Rogersa),  pracując m.in. ze schizofrenikami. Anegdota głosi, że po przeprowadzeniu 90 sesji z jednym z nich, Frank był tak sfrustrowany, że na kolejnej, 91 sesji nie wytrzymał i dał upust swojej frustracji, przestał wspierająco podkreślać mocne strony wciąż narzekającego na siebie pacjenta i niejako przyłączył się do niego, mówiąc jaki jest nieatrakcyjny i jaki z niego nieudacznik bez przyszłości. Gdy Frank wszystko w nim negował, w pewnym momencie pacjent stwierdził, że „bez przesady” i zaczął wymieniać swoje umiejętności, o których nigdy wcześniej nie wspominał. Stała się rzecz nieoczekiwana, pacjent nagle stanął po swojej stronie. Zaskoczony Farrelly doznał wówczas ważnego wglądu – odkrył, że nie zawsze styl empatyczny i ochraniający pacjenta przed konfrontacją jest właściwy. Następnie zaczął eksperymentować i rozwijać ten nowy, konfrontujący i prowokujący sposób pracy, który wkrótce stał się jedyną formą prowadzenia przez niego terapii.

Frank Farelly podczas sesji z ochotnikiem z sali

Jednym z istotnych elementów tego podejścia jest humor. Prowadzący często łamie milcząco przyjęte konwenanse, mówi wprost, odsłania absurdalne aspekty zgłoszonego problemu, bezsens (głupotę) dotychczasowych prób jego rozwiązania. Nikt tu nie „bawi się” w obieranie cebuli po jednej warstwie, tylko dokonuje się jej szybkie przecięcie aż do rdzenia. Terapeuta czy coach dostrzega śmieszne aspekty sytuacji pacjenta i otwarcie to wyraża, nazywa rzeczy po imieniu. Nie stara się „chronić” klienta przed bezpośrednią konfrontacją, wręcz przeciwnie – dąży do niej. Takie podejście szokuje, wybija klienta z rutynowego sposobu myślenia i stwarza szanse na nowe spojrzenie w siebie i na swój problem. Gdy to się dzieje, klient zwykle wybucha śmiechem. Sam zyskuje dostęp do swojego humoru, potrafi teraz patrzeć z przymrużeniem oka na siebie i swoje sprawy, odkrywa komiczną stronę swoich schematów myślenia, nawyków zachowania i podtrzymywanych ograniczeń.

Żeby jednak ta metoda była naprawdę skuteczna, musi opierać się na głębokim szacunku i życzliwości do klienta. Nie chodzi o wyśmiewanie się z niego, lecz o zdjęcie „ciężaru powagi” z jego problemów. Ów ciężar przekłada się bowiem również na „ociężałość myślenia” poszukującego rozwiązań. Jak możemy je znaleźć, gdy ciągle stosujemy to samo podejście do tematu, utarte pojęcia, oklepaną historię, te same sztywne ramy odniesienia. Milton Erickson często zachęcał do tego, by „wysadzać z szyn” rozmówców, którzy utknęli w ślepym zaułku rodzących cierpienie, ulubionych sposobów myślenia i patrzenia na świat. Gdy się przyjrzymy pracy Ericksona, to również w niej znajdziemy wiele elementów stylu prowokatywnego. Ale równocześnie Erickson był często stawiany za wzór terapeuty pod względem wysoce etycznego stosunku do ludzi.

Niemiecka terapeutka prowokatywna, Eleonore (Noni) Höfner, wyjaśnia tę zasadę w sposób bliski NLP. Jej zdaniem chodzi tu o celowe wywołanie niespójności między przekazem werbalnym i niewerbalnym. Werbalnie jesteśmy „bezczelni”, powiada, ale niewerbalnie – wspierający i serdeczni. A ponieważ w bezpośrednim kontakcie komunikacja niewerbalna znacznie przeważa nad werbalną, to odbiorca interwencji prowokatywnej otrzymuje beczkę miodu i na tyle strawną porcję dziegciu, by mógł ją przyjąć i spożytkować. Dziegieć jest to gęsta, smolista substancja powstająca w drodze suchej destylacji drewna i kory różnych gatunków drzew i krzewów. Kiedyś był wykorzystywany do impregnacji płótna, skóry, łodzi, smarowania osi, uszczelniania beczek itp. Ma silny nieprzyjemny zapach, stąd przysłowie, że „łyżka dziegciu zepsuje beczkę miodu”. Jednak dziegieć jest równocześnie lekarstwem o działaniu m.in. odkażającym, przeciwgrzybicznym antybakteryjnym, i zwalczającym pasożyty. A więc to, co nieprzyjemnie pachnie, jednocześnie działa uzdrawiająco. Sztuka polega tu na właściwej motywacji (leczyć a nie karać) oraz odpowiednim dozowaniu, żeby pacjent był w stanie przyjąć leczniczą dawkę. Osoby, które znalazły się na „gorącym krześle” podczas warsztatów prowadzonych przez Farrelly’ego w Polsce, przyznawały jak trudno im było przełknąć to gorzkie lekarstwo, ale też jak wielką ulgę odczuwały, gdy ich problemy były wywracane do góry podszewką i mogły śmiać się z samych siebie. Często po raz pierwszy od bardzo dawna.

Frank Farrelly i Noni Höffner

Tak więc posługiwanie się stylem prowokatywnym, czy to w psychoterapii, w coachingu, czy też w relacjach osobistych wymaga dogłębnego zrozumienia jego istoty, a także wyczucia granic pomiędzy uzdrawiającym humorem i zabawą, a toksyczną drwiną, czy powierzchownym „prześmiewaniem problemu”. Gdy ogląda się nagrania sesji prowadzonych przez Farrelly’ego, rzuca się w oczy jego pełna obecność, otwartość i uważność w stosunku do osoby, z którą pracuje. Osoby korzystające z tej formy wsparcia, jak też obserwatorzy nie mają cienia wątpliwości, że Farrelly zachowuje pełny szacunek do tego, komu pomaga oraz kieruje się życzliwością i troską. Zatem wszystkim, którzy chcieliby sami stosować ten styl, można polecić modelowanie Franka i jego uczniów. Również ich systemu wartości. Do czołowych kontynuatorów stylu Farrelly’ego oprócz wspomnianej Noni Höffner, można zaliczyć postaci takie, jak holenderski trener NLP, Jaap Holander oraz brytyjski psychoterapeuta i coach, Nick Kemp.

Na polskim rynku wydawniczym jest już dostępnych sporo źródeł na temat stylu prowokatywnego, więc osoby zainteresowane mogą się nimi inspirować. Znajdą w nich zarówno opis zasad i metod stylu prowokatywnego, studia przypadków i przykłady sesji (boki można zrywać czytając) i własne spojrzenie każdego z autorów na to podejście. W każdym razie burzą one tradycyjny obraz terapii, procesu zmiany i rozwoju, jako ciężkiego trudu w sosie z potu i łez. No, łzy może są nadal, ale ze śmiechu, a to zupełnie co innego.

Styl prowokatywny na pewno warto poznać i warto z niego korzystać. Nie musimy udawać Farrelly’ego, który przez większość swojego zawodowego życia pracował tylko w tym podejściu. Może się ono jednak okazać nieocenione, gdy zawodzą inne metody, gdy natrafiamy na szczególnie silny opór przed zmianą lub mamy dość gier stosowanych przez naszego klienta. Praca prowokatywna może się przeplatać z innymi formami inicjowania zmiany, czasem dominować, a czasem schodzić na dalszy plan. Z pewnością jednak odsłania zupełnie nowe możliwości pomagania sobie i innym, i wzbogaca warsztat konstruktywnego oddziaływania.

I na koniec sprostowanie. Wcale nie zaczęło się od Farrelly’ego. Styl prowokatywny jest bardzo stary i znany był w dawnych kulturach. Przypisywano go między innymi słynnemu uczonemu i lekarzowi perskiemu, Awicennie, który żył w latach 980 – 1037 n.e. Nazywa się go niekiedy „ojcem nowoczesnej medycyny”. Oto jedna z historyjek na temat zastosowanej przez niego interwencji prowokatywnej, której nie powstydziliby się Erickson, Farrelly, czy ich uczniowie:

 Pewien władca zaczął myśleć o sobie, że jest krową i nie można było się z nim zupełnie porozumieć, zwracając się do niego, jako ludzkiej istoty. Muczał i prosił:

 

„Zabierzcie mnie stąd, zarżnijcie i uczyńcie pożytek z mojego mięsa.” Odmawiał przyjmowania jakichkolwiek pokarmów spośród tych, które mu przynoszono.Dlaczego nie zaprowadzicie mnie na pastwisko, abym mógł odżywiać się tak, jak czynią to inne krowy?”

 

Wkrótce wskutek wygłodzenia  zaczął przypominać bardziej szkielet, niż żywego człowieka. Wszystkie próby kuracji, wszystkie medykamenty zawiodły. Wreszcie wezwano na pomoc Awicennę, słynnego lekarza, uczonego, filozofa i mistyka. Awicenna polecił zakomunikować królowi, że przybył rzeźnik, aby go zarżnąć, poćwiartować jego ciało i rozdać ludziom do spożycia. Kiedy chory to usłyszał, ucieszył się wielce i zaczął niecierpliwie oczekiwać śmierci. W ustalonym wcześniej dniu Awicenna przyszedł do króla wymachując wielkim rzeźnickim nożem i wykrzyknął strasznym głosem:

„Gdzie jest ta krowa, którą mam zarżnąć?!”

Król zamuczał donośnie, aby rzeźnik mógł natychmiast odnaleźć poszukiwane przez siebie zwierzę.

„Przyprowadźcie ją tutaj” – rozkazał Awicenna – „i przywiążcie mocno, abym mógł odrąbać jej głowę.”

Następnie obejrzał dokładnie zwierzę, sprawdzając, czy jest wystarczająco tłuste – jak to zwykle czynią rzeźnicy – po czym wykrzyknął: ”Nie, nie! Ta krowa nie jest jeszcze gotowa do uboju. Jest zbyt chuda. Trzeba ją najpierw utuczyć. Kiedy przybierze na wadze ile trzeba, wezwijcie mnie znowu.”

Chory zaczął jeść wszystko, co mu podawano, w nadziei, że wkrótce zostanie zabity. Szybko przybrał na wadze i jego samopoczucie znacznie się poprawiło. Niebawem – pod opieką Awicenny – całkowicie powrócił do zdrowia. [i]

[i] Peczko B. (1993). Drogocenna perła. Zbiór przypowieści Środkowego Wschodu stosowanych w psychoterapii. Kraków: Wydawnictwo M.